|
Po przeczytaniu tej książki, marzysz, żeby spotkać się z jej autorem i tracąc poczucie czasu, wsłuchiwać się godzinami w jego niezwykłą historię. Henrich Harrer jest legendą austriackiego himalaizmu. Swoją karierę zaczął kilka lat przed wybuchem II wojny światowej. W 1939 roku został internowany do brytyjskiego obozu jenieckiego, z powodu austriackiego pochodzenia. Po kilku miesiącach udało mu się uciec i rozpoczął swoją siedmioletnią podróż po Tybecie, gdzie poznał młodego Dalajlamę XIV.
Alpinista stał się jego doradcą i nauczycielem, a ich przyjaźń trwała aż do śmierci Harrera w 2006 roku. „Siedem lat w Tybecie” nie jest klasyczną literaturą autobiograficzną. Autor mniej skupia się na własnych przeżyciach, eksponując przede wszystkim kulturę Tybetu, sposób zachowania mieszkańców i tło historyczne czasów, w których spotkał Dalajlamę. Książkę czyta się jednym tchem, niedowierzając, że opisane wydarzenia nie są fikcją wymyśloną przez hollywoodzkich scenarzystów. Autor nie męczy czytelnika niepotrzebnymi szczegółami. Wstęp dotyczący „okresu przedtybetańskiego” jest krótki i treściwy, nie zanudza, budując napięcie i zaciekawienie, rosnące z każdym kolejnym rozdziałem. Wątkiem bezcennym jest odmalowanie przez Harrera dzieciństwa Dalajlamy. Pokazanie go z jednej strony jako spontanicznego, radosnego, jedenastoletniego chłopca, a z drugiej – nad wiek dojrzałego myśliciela, kopalnię wiedzy o historii i kulturze Tybetu, a przy tym osobę niezwykle ciekawą świata, innych historii i innych kultur. Siedem lat w Tybecie czyta się jak powieść sensacyjną, jak najlepszy reportaż, uzupełniony o elementy biograficzne. Jedynym minusem książki, jest smutek z jakim odkładasz ją po przeczytaniu na półkę, żałując, że ta niezwykła podróż już się skończyła.
|